Przystojny był kiedyś mój tata? To on tyle, że w 1988 roku, a moja mama mówiła mi zawsze jak byłem dzieckiem, że wygląd nie jest istotny 1 ocena | na tak 100%. Robert Motyka. Robert Wilkowiecki jest jednym z najlepszych triathlonistów na świecie. Na swoim koncie ma wicemistrzostwo Europy oraz rekord Polski w zawodach Ironman. Jest pierwszym Polakiem, który złamał granicę ośmiu godzin na dystansie triathlonowych zmagań w Meksyku. Teraz chce wyjechać na Mistrzostwa Świata na Hawajach. Misiem kochanym mnie zwałeś, największym skarbem Twego świata, jednak często byłeś smutny, milczący i srogi, a ja? Ja się bałam wołać: chodź tutaj Tata! Dzisiaj jestem dorosła i już wiem, wyjaśniłeś mi dokładnie i jest mi lżej, to nie ja byłam tego powodem, tylko dawnego życia powoje. Vay Tiền Nhanh. Niewielu ludzi na świecie porusza się po wodze tak szybko jak on – w końcu zbitka „F1” w nazwie jego sportu do czegoś zobowiązuje. Choć w zasadzie bliższe prawdy jest stwierdzenie, że jego łódź szybuje nad taflą, niż po niej pływa. Na sport motorowodny skazany był zresztą niemalże od dziecka. Łódkami ścigali się jego tata i brat – i to z sukcesami. Nie narzeka na budżet, którym jego zespół dysponuje w trakcie sezonu, ale nie ukrywa też, że różnice w przepaści finansowej pomiędzy nim, a najbogatszymi konkurentami, pokonuje zaradnością, latami doświadczeń oraz polską myślą techniczną. O tym, jak zbudowany jest wodny bolid, oraz kosztach i niebezpieczeństwie, związanym z uprawianiem tego sportu. O pay driverach i swojej drodze do najbardziej prestiżowych motorowodnych wyścigów na świecie. Na te i wiele innych pytań odpowiedział nam Bartek Marszałek, pierwszy i jak na razie jedyny Polak ścigający się w F1H2O, czyli motorowodnej Formule SZCZEPANIK: Bartku, to czym się poruszasz – bo nie do końca można nazwać to pływaniem – w niczym nie przypomina łodzi w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. Z czego w ogóle zbudowane jest to coś?BARTŁOMIEJ MARSZAŁEK: Podobnie jak samochód Formuły 1 w niczym nie przypomina tych, które widzimy na drodze, tak samo motorówka F1 niewiele ma wspólnego z tymi, które na co dzień widujemy na rzekach i jeziorach. Jest w całości zbudowana z kompozytów węglowych, czyli z karbonu. To modny materiał wśród tunerów samochodowych, montujących do swoich samochodów spoiler, maskę czy karbonowe lusterka. Nie dziwię się, bo to materiał przyszłości – jest bardzo mocny i zarazem lekki. Dlatego wykorzystuje się go w wyścigach i nie tylko, bo Dreamliner – flagowy samolot Boeinga – również jest zrobiony w dużej mierze z włókna zaletą włókna węglowego jest prosta zależność – stosunek masy do wytrzymałości Ale kompozyt można bardziej dostosować do swoich potrzeb. Generalnie elementy kompozytowe produkuje się z foremek – trochę tak, jak dzieci robią babki z piasku. Napełniasz formę, odciskasz i kształt zostaje. Ale w przypadku łodzi, samo odbicie jej kształtu nic by nie dało. Trzeba w niej wykonać poszczególne elementy, pływaki, jedną i drugą płozę. To wszystko następnie jest składane w precyzyjnych stelażach. Natomiast w środku bolid ma specjalne użebrowania. Wszystko dlatego, że na zakrętach na łódź oddziałują tak ogromne siły, że bez tego wszystko by się połamało. Dodatkowo maszyna posiada pióra resorowe, złożone z dwudziestu pięciu warstw specjalnie dobranych drewien. Stworzenie takiej łodzi to tysiące godzin roboczych i pracy w laboratoryjnych że ta łódź w niczym nie przypomina zwykłych motorówek. Zacznijmy od tego, że ona nawet nie do końca pływa…Ja zawsze używam określenia, że uprawiam sport, w którym jest trochę pływania, latania i jeżdżenia. To czyni F1H2O wyjątkowym. Ta łódź płynie w zakręcie, bo wtedy rzeczywiście wbijam się w wodę. Natomiast na prostej, im mniej dotykasz wody, tym szybciej pędzisz. Ale tu mamy bardzo wąski margines błędu. Kiedy za bardzo podniesie się łódź z wody, wtedy można zrobić tak zwanego flipa. Tak że ważne jest wymieszanie żywiołów. Liczy się dla mnie nie tylko woda, jako podłoże, ale również wiatr. Jednak wodzie również poświęcamy sporo uwagi – to żywa materia. Coś zupełnie innego, niż beton czy asfalt wylane z ciężarówki. Francesco Cantando, weteran F1H2O z którym przez pięć lat jeździłem w jednym zespole, powiedział kiedyś, że przez czterdzieści lat uprawiania tego sportu, nigdy nie przejechał dwóch takich samych kierowca może doprowadzić do flipa? Chodzi o to, że mogę zmieniać położenie silnika względem łodzi. Czyli odstawiać go, albo dostawiać i wynurzać lub zanurzać z tafli wody. Kiedy odsuwam jednostkę napędową, wtedy łódź zaczyna frunąć. Kiedy już frunie, muszę usadowić łódkę w strumieniu powietrza. Natomiast na zakręcie łódka wbija się pływakami w wodę. Wtedy dzieje się magia bolidów motorowodnych – wszystko, co ma koła, wpadłoby w poślizg. Tutaj, jadąc ponad dwieście kilometrów na godzinę, bez hamowania możesz zmienić kierunek jazdy. A nawet się w twoim warsztacie. Po twojej lewej i prawej stronie, otaczają cię bloki silników. Istnieje dużo ograniczeń, związanych z jednostkami napędowymi i nie tylko? W końcu w samochodowej Formule 1 – od porównań do której nie uciekniemy – regulamin techniczny ma ponad 150 stron. U nas jest tak samo – regulamin to dość obszerna książka, więc nie będę tu wchodził w szczegóły. Ale określone są w nim główne rzeczy homologacyjne – jak pojemność silnika, rozmiar cylindrów, i tak dalej. Załóżmy, że mam określonych czterdzieści parametrów, których nie mogę przekroczyć. Na chłopski rozum, najlepiej byłoby zrobić wszystkie na maksa. Ale to tak nie działa – jeżeli gdzieś chcesz dodać, to musisz ująć w innym miejscu. Nasza praca to komponowanie silników na miarę torów, po których się ścigamy, Musimy dobrać charakterystykę sprzętu do warunków, w których silnik ma jechać. Na przykład silnik, który ma szybciej przyspieszyć, będzie miał mniejszą prędkość bloki wyglądają na kawał są końskie silniki. Tłok wygląda jak kubek od herbaty. Silniki są dwusuwowe, nie posiadają praktycznie żadnej elektroniki, poza tą niezbędną – czyli rozrusznikiem i wtryskiem paliwa. Nie mają też żadnej turbosprężarki. Stara szkoła motorsportu. Dwa i pół litra pojemności, generujące czterysta pięćdziesiąt koni mechanicznych mocy. To jednostka wyżyłowana do granic możliwości. Po dwóch godzinach pracy takiej jednostki, wszystko co jest w niej mechaniczne i się kręci, jest wymieniane na nowe, bo nie wytrzymuje dłużej. Dla porównania, w normalnej motorówce, przy dobrym serwisowaniu, tego typu części mogłyby działać piętnaście-dwadzieścia lat kontra dwie godziny – godziny, jak dobrze wszystko ustawisz. Możesz złożyć najlepszy silnik w całej stawce, ale kiedy go odpowiednio nie ustawisz, to nie będziesz miał oczekiwanego efektu. Silniki dostraja się już stricte do pogody. Ja używam do tego specjalnego urządzenia, które pobiera próbkę powietrza. Ono analizuje temperaturę, wilgotność powietrza i różne inne parametry, na podstawie których możemy dokładnie skalibrować działanie silnika. Oczywiście, my jako zawodnicy nie robimy tego sami. To precyzyjna praca, za którą odpowiedzialni są inżynierowie – którzy ze względu na posiadaną wiedzę, nie mogą narzekać na zarobki. Zwłaszcza, że tu nie ma jak w samochodzie – jak coś nie działa, to nie zaświeci się kontrolka „check engine”. Kiedy u nas coś się psuje, to łódź zwykle staje w płomieniach. Przy takich siłach i obrotach awarie są bardzo dotkliwe – mamy części, które szybko się zużywają. Awarie są dotkliwe i dosyć częste. Łodzie są zbudowane z drogiego włókna węglowego. Nasuwa się pytanie o koszty tego sportu. Na przykład w ujęciu rocznym. Trudno określić tu górną granicę. Patrząc na przykład na moich konkurentów, takich jak Team Abu Dhabi, który obecnie jest liderem w klasyfikacji generalnej, czy też chiński CTIC Team, to są kwoty liczone w milionach euro w skali roku. Ale to jest sport i wszystko zależy od skali porównania. Dla wielu innych dyscyplin to są ogromne kwoty. Ale na piłce nożnej, gdzie klub potrafi wydać na jednego zawodnika ponad sto milionów euro, takie cyfry nie robią wrażenia. Topowy zespół F1H2O może wydać nawet trzydzieści-czterdzieści milionów euro rocznie. Z pewnością jest to sport drogi pod kątem w tym sporcie pojęcie pay drivera?Oczywiście. Ja przez lata nie mogłem zadebiutować w F1H2O tak, jak robi to wielu kierowców wsiadających w pay driverowy fotel, bo bogaty tata, wujek czy inne grono sponsorów wykupiło miejsce w zespole. Wtedy zadaniem takiego kierowcy jest wyłącznie jazda. Ubiera się w kombinezon, kask, ma nad sobą sztab ludzi, dostaje łódź, dobrego radiomana – bardzo ważna osobę, która prowadzi zawodnika podczas wyścigu. Ja tego wszystkiego nie miałem. Przez lata uczyłem się samemu i przez to redukowałem też koszty. Oczywiście, muszę funkcjonować na pewnym poziomie finansowym, by zakupić cały sprzęt, wszystko zorganizować, dojechać na miejsce jestem uzależniony od nikogo z zagranicy na tyle, bym nie mógł sobie z czymś poradzić w razie problemów – na przykład z dostawą części. Wciąż muszę się dużo nauczyć, lecz jestem już na takim etapie, że korzystając z wiedzy wielu osób dookoła – w tym, co warto podkreślić, większości polskich specjalistów i podwykonawców – konfrontujemy naszą myśl techniczną na świecie. To jest fajne w tym wszystkim, ten sportowy patriotyzm. Kiedy wchodząc na podium zawodów F1H2O, trzymałem w ręku polską flagę, widziałem łzy w oczach moich ludzi, to rozpierała mnie prawdziwa na to, że mamy kolejną cechę wspólną z „normalną” F1 – zespół zespołowi nie jest równy. To trochę wiąże się z poprzednim wątkiem. Nie chcę tu zabrzmieć jak ktoś, kto narzeka na to, że zawodnicy ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich mają więcej, a ja nie mam aż takich warunków, więc nie mam z nimi szans. Tak nie jest – głównie dzięki wsparciu PKN ORLEN, który pozwolił mi wejść na jeszcze wyższy poziom w tym sporcie. Ale te budżety nie muszą być takie, jak w ZEA. W końcu ostatecznie jeden człowiek wsiada w jedną łódkę z jednym silnikiem. Powiem nawet, że liczba ludzi pracujących w załogach konkurentów, to dla mnie czasami przerost formy nad treścią. Więc nie jest tak, że nie mogę wygrać, bo czegoś mi przeciwnie – na przykład teraz po raz pierwszy w życiu mogę rozpocząć proces testów na wodzie w trakcie sezonu. Bo, puentując ten wątek, dotarłem na podium F1H2O jako zawodnik, który pomiędzy zawodami ani razu nie trenował. I co, miałem wtedy usiąść i powiedzieć, że to wszystko nie ma sensu, bo nigdy nie będę miał tyle pieniędzy? Nie można tak myśleć. Tak samo, jak młode dzieciaki, widząc kolegów, którzy na boisku mają lepsze korki, nie mogą myśleć, że są gorsi. Ostatecznie najważniejsza jest głowa i podejście do tego zacząłeś wątek tego, jak wyglądała twoja droga do F1H2O, to opowiedz o tym więcej. W końcu na taki sport trzeba poświęcić trochę środków. O tobie słyszałem, że w pewnym momencie sprzedałeś mieszkanie, by mieć pieniądze na zakup łodzi. Po czym niedługo później miałeś w niej wypadek…Tak, długo nią nie popływałem. Po wypadku była w takim stanie, że nawet jej nie zabrałem z powrotem do domu. Zaczynając uprawiać ten sport, nie patrzyłem na żadne przeszkody. Tak bardzo chciałem i byłem zapatrzony w te marzenia, że wręcz ujmowałem swoją postawą wielu ludzi, którzy pomagali mi dochodzić do tego wszystkiego. Z perspektywy czasu, kiedy dziś mam na głowie cały proces konstruowania, kontroli, konstrukcji silników, logistykę, czasami nawet tęsknię do czasów, w których miałem tę beztroskę w pracujemy z moimi ludźmi, to czasami sobie wspominamy, że dawniej miałem jedną sztukę każdej części. Nawet nie zdawałem sobie sprawy z tego co będzie, kiedy któraś się zepsuje. Ale to jest piękne – gdyby nie tamte doświadczenia, to z pewnością nie doszedłbym do tego poziomu. A trochę czasu już mija – pierwszy raz wsiadłem w łódkę wyścigową w 2005 roku. Z kolei do Formuły 1 dostałem się w 2011. Jednak dopiero teraz czuję, że rzeczywiście dotarłem do tego najwyższego poziomu w tym sporcie trzeba być perfekcjonistą?To zależy, jak rozumieć perfekcjonizm. Ja chciałbym uniknąć jakiegoś przesadnego podziwiania mnie. Wielu dziennikarzy z którymi rozmawiam, mówi mi, że to co robię, jest wyjątkowe, bo w dużej mierze sam dbam o wiele aspektów technicznych. Ale ostatecznie w tym sporcie nie chodzi o to, kto umie złożyć silnik, tylko kto najlepiej potrafi prowadzić łódkę. Niczego nie ujmuję swoim konkurentom – to nic złego, że oni mają wyłącznie wsiąść, pojechać i wygrać. W końcu kierowca jest od kierowania, a odpowiedni inżynierowie od poszczególnych elementów działania nie mogłem wybrać innej drogi w tym sporcie, by dotrzeć do obecnego poziomu. Mieszkanie, o którym wspominałeś, to tylko jedno z niewielu poświęceń, które przydarzyły się na mojej drodze. Ale mieszkanie ma wartość materialną. Dużo cenniejsze jest to, co musisz dać w zamian, jeżeli chcesz coś osiągnąć i podążać za swoją pasją. To czas, to pogodzenie się z tym, że nie masz dużego grona znajomych, bo jesteś jak Włóczykij w Muminkach. Ale doświadczenie które zdobywasz w takcie tej podróży, jest dużo cenniejsze niż mieszkanie. Swoją drogą, ono zaspokoiło połowę budżetu na używaną łódkę do Formuły 2 – klasy dużo tańszej od F1. Jednak to też odpowiada na pytanie, o jakim poziomie finansowym mówimy w tych gdzieś swój sufit w tym sporcie?Sport z pewnością nauczył mnie tego, że trzeba się uzbroić w cierpliwość. Nie mam gwarancji, że kiedykolwiek zostanę mistrzem świata F1H2O. Ale marzę o tym i wiem, jakie kroki trzeba podjąć, żeby osiągnąć ten przykładem człowieka, który pasję do tego sportu wyniósł z domu. Twój tata, Waldemar, jest legendą sportów motorowodnych, sześciokrotnym mistrzem świata w różnych klasach. Twój świętej pamięci brat, Bernard, również wywalczył tytuł mistrza świata w klasie O-350. Czułeś presję, że musisz im dorównać?Nie, rodzice nawet byli przeciwni temu, bym zajął się tym sportem. Nie ma się co dziwić chociażby mojej kochanej mamie, która w trakcie kariery taty przeżyła swoje. Oczywiście, są piękne chwile medali, plebiscytów, uhonorowań – jako dziecku bardzo imponowało mi to, jak ludzie szanowali tatę. Ale pamiętam też drugą stronę medalu. To jak nie wracał do domu. Jak mama ze łzami w oczach mówiła mi i bratu, że miał wypadek i musi zostać na miejscu trochę dłużej, kiedy tak naprawdę nie wiadomo było, czy przeżyje. W takich momentach mama zastępowała oboje rodziców – była i jest bardzo dzielną kobietą. Może dlatego podświadomie szukałem podobnych wartości w mojej partnerce. Bo życie z takim pozytywnie zakręconym świrem nie jest łatwe. Ale z drugiej strony, życie z pasjonatem-artystą chyba byłoby gorsze. Tam do wszystkiego dochodzą bardziej niezdrowe rzeczy. (śmiech)Pozwól, że nie będziemy wnikać w problemy artystów, wróćmy do nas w domu wszystko kręciło się wokół sportu. Pamiętam, jak jeździłem z bratem i rodzicami na zawody. Te kolejki, stanie na granicach w polonezie wyładowanym towarem. Jedna łódka na dachu, druga w przyczepie – piękne czasy. To życie rodzinne zawsze podsuwało sport blisko mnie. Ukończyłem szkołę sportową przy Konwiktorskiej, gdzie trenowałem przez kilka lat pływanie. Grałem też w koszykówkę. Ale gdzieś w podświadomości zawsze ciągnęło mnie do łódki. Na Polonii, vis-a-vis basenu znajdował się barak w którym tata trzymał swój sprzęt. I tak zakochałem się w tym mój świętej pamięci brat zaczął startować, w 2003 roku został mistrzem świata. Wtedy już cały czas byłem przy tych łodziach, pomagałem, to było całe moje życie. Niestety, brata odebrała mi choroba. Bardzo przeżyłem tę stratę, to było tak, jakbyś uciął połowę mnie. My byliśmy braćmi, ale też najlepszymi przyjaciółmi. Ale przez to bardzo szybko spoważniałem. Musiałem jeszcze bardziej zdać sobie sprawę z tego, co chcę w życiu robić. Pamiętam do dziś tę sytuację – w domu, w którym się teraz znajdujemy, tata pił kawę. Wstałem i poprosiłem go o to, żebym też mógł spróbować pojeździć łódką. Odpowiedział: „na razie nic nie mów mamie, ale zrobimy ci próby”. A później już jednym z wywiadów wspominałeś, że twój tata jeździł w motorowodnym odpowiedniku żużla, a ty – jak sama nazwa wskazuje – ścigasz się w wodnej Formule 1. Wyjaśnij proszę, na czym polegają te różnice. To porównanie wynikało z formatu wyścigu. Ja od razu wsiadłem w seniorskie klasy, w których ścigał się mój tata – czyli O-250 i O-350. W nich są cztery krótkie wyścigi, mające sześć do ośmiu okrążeń po obwodzie. Stąd nawiązanie do żużla. W F1 jest jedno, długie grand prix, które trwa nawet do za bardzo nie chcę tu mówić o różnicach pomiędzy tym, gdzie ja się ścigam, a gdzie ścigał się mój tata. Często słyszy się takie epokowe porównania, czy Ronaldo jest lepszy niż Maradona, albo co by było, gdyby któryś współczesny pięściarz walczył z Muhammadem Alim. Nie da się tego porównać – tym bardziej w sportach, w których wykorzystujesz technologię. Natomiast wierzę w to, że w co tylko nie wsiadłby mój tata, to by wygrywał, bo jako zawodnik miał w sobie to coś. A do tego, by zostać mistrzem, trzeba mieć w sobie coś naprawdę uważam, że wcześniej do uprawiania tego sportu potrzeba było większej odwagi i brawury. Na łódkach na których ja zaczynałem – czyli tych, w których ścigał się tata – nie było miękkiej gry. Od trzymania kierownicy miałeś łapy starte aż do krwi, ramiona były całe sine. Tam była tylko kierownica i stalowe linki, bez żadnych wspomagań. Łódki były zrobione ze sklejki, to wszystko się telepało, każdy wypadek niósł za sobą spore ryzyko tego, że coś może się stać kierowcy. Kiedyś było bardziej ciekawe, co mówisz. Niedawno gościliśmy u Wojtka Bógdała. Mistrz świata w motoparalotniarstwie wygłosił podobną tezę na temat sprzętu w swoim sporcie. Powiedział, że on bałby się latać na motoparalotniach, które miał do dyspozycji jego ojciec. Ja nie mogę powiedzieć, że bym się bał, bo jeździłem w tych klasach. Pierwszy tytuł wicemistrza świata w 2006 roku zdobyłem w łodzi w której startowali wcześniej mój tata i brat. Ta łódź obecnie znajduje się w Muzeum Sportu i Turystyki w Warszawie. To jedyny egzemplarz, na którym nie dość że wszyscy startowaliśmy, to każdy z nas zdobył medal mistrzostw świata. Więc się nie bałem. Ale w moim przypadku ten sprzęt był dopracowany przez autorytet, sześciokrotnego mistrza świata. Moim zadaniem było tylko dojechać do swoje pierwsze zawody za granicą, gdzie nie za bardzo zdawałem sobie sprawę z zagrożeń. Panowały trudne warunki, ja cisnąłem tą łodzią, ile tylko mogłem i skończyło się na tym, że gdyby nie awaria w ostatnim wyścigu, miałbym złoty medal. Ale wierzę w to, że los nie dał mi wtedy mistrzostwa, żeby woda sodowa nie uderzyła do głowy. Wierzę w życiu w przeznaczenie. Miałem tam pojechać po naukę i doświadczenie, tymczasem wróciłem jako wicemistrz świata. I to na sprzęcie „rodzinnym”. W dodatku mówimy o klasie, w której kierowca jest w pozycji leżącej. Pędzisz z dużą prędkością, woda smaga cię po podbródku. Więc doznanie samej prędkości jest zupełnie inne niż w moim obecnym bolidzie, w którym siedzę. Ale z drugiej strony, tata też mi mówi, że w życiu by nie wsiadł w moją obecną łódkę, że to maszyna dla wariatów. (śmiech)Co zatem takiego jest w F1H2O? Ile wynoszą na przykład przeciążenia, które oddziałują na was podczas wyścigów? W samochodowej Formule 1 wahają się w granicach 4-6 nas w zakrętach ono dochodzi nawet do 8 g. Z tym, że u nas przeciążenie odczuwa się inaczej. W bolidach samochodowych największego strzału przeciążenia doświadcza się podczas hamowania, przeciążenie działa bardziej od tyłu. Ja nie mam takich hamulców. Wtapiam się w taflę wody i sunę na zakręcie jak po szynach. To taki boczny strzał przeciążenia. Ale oczywiście, to również zajmuje lata, by organizm do tego przywyknął. Na początku się tego obawiałem, przeciążenie na zakrętach mnie bolało. Teraz, kiedy dobrze się wstrzelę, zapnę łódkę w wodzie i poczuję to uderzenie, to jest piękne jak to jest z samym członem „F1” w nazwie waszego sportu?Promotor tego sportu to osoba, która wywodzi się z kręgów samochodowych. Przed laty prowadził dwa zespoły samochodowej Formuły 1. I tak postanowił stworzyć organizację, która w tej chwili prowadzi te zawody. Stąd znak „F1” nie znajduje się bez powodu przy skrócie „H20”, choć sama nazwa traktowana jest jako jedno wyrażenie. Rzecz jasna, Formuła 1 na kołach jest bardziej odziana blichtrem i popularniejsza. Przynajmniej w Polsce, bo są rejony na świecie, w których ludzie mają prawdziwego hopla na punkcie motorówek w których się sport musi być popularny. Skoro budżety najlepszych zespołów wynoszą po kilkadziesiąt milionów euro, to działa tu prosta zależność – jest popyt, to jest też podaż. A jak jest z jego popularnością w Polsce? Czy F1H2O powoli przedostaje się do mainstreamu?Mam nadzieję, że poprzez moje wyniki tak będzie. Duża w tym też zasługa sponsorów, którzy chcą dbać o to, by ten sport był propagowany. Od wielu lat angażuję też swoje prywatne środki, by nabywać prawa telewizyjne i mieć możliwość transmitowania swoich startów. Już teraz na Polsacie i Eleven Sports pokazuje programy z wyścigami z moim udziałem – również transmisje na żywo. Oczywiście, na oficjalnej stronie F1H2O zawsze są dostępne jestem świadomy, że konkurencja o uwagę kibica jest ogromna. To już nie są czasy dwóch programów w telewizji. Dziś powoli klasyczna telewizja odchodzi do lamusa, a ludzie wybierają co chcą oglądać przez Internet. Ale będziemy próbować rywalizować. Mam w Polsce dużą grupę kibiców, którzy wspierają mnie niezależnie od wyniku. W Europie na zawodach często widuję polskie flagi – ostatnio, kiedy startowałem we Francji, było ich mnóstwo. To coś, co mnie ten sport marzy mi się, by kiedyś takie zawody odbyły się w Polsce. Jednym z takich szczebelków ku temu, jest Grand Prix w Formule 2 w Augustowie, które odbędzie się w dniach 22-24 lipca. W przypadku tego wydarzenia oprócz startu zajmuję się też opieką menadżerską, logistyką oraz zapleczem technicznym zawodów. Cieszę się, że to organizujemy, jednak jak mówię – traktuję to jako schodek do organizacji Grand Prix Formuły 1 w się też w twoim życiu prywatnym. Dwa lata temu się ożeniłeś, a niedawno urodziła ci się córka. Jak to wszystko wpłynęło na ciebie jako zawodnika?Zmiany wyszły mi na dobre. Często ludzie mnie o to pytają, czy gdzieś z tyłu głowy nie mam poczucia, że ryzykuję, a przecież to niebezpieczny sport. Jasne, nie mogę powiedzieć, że jest bezpieczny. Samo to, że pędzi się łódką ponad dwieście kilometrów na godzinę, jadąc pół metra od drugiego zawodnika, z założenia nie może być bezpieczne. Ale trzeba robić to, co się kocha. Rodzina jeszcze bardziej dodaje mi motywacji – a teraz w szczególności jest mi ona potrzebna, by dążyć do obranego celu. Mam wspaniałą żonę, córa jest moją kochaną landryną, na której widok zawsze się że rodzina pomaga bardziej dojrzeć każdemu mężczyźnie. Ja byłem przy porodzie. Widziałem, co kobieta przy tym wszystkim przeżywa, przez co nabrałem jeszcze większego szacunku do wszystkich pań. Pan Bóg nie bez powodu im przekazał ten obowiązek. My, faceci, podniesiemy więcej kilogramów na siłowni, ale nie mielibyśmy tyle siły, by wytrzymać poród. Natomiast mi, jako sportowcowi, rodzina pozwala bardziej skupić się na wykonywanym zadaniu, ale też nie podejmować ryzyka, które jest niepotrzebne. Jednak generalnie podczas wyścigu o tym wszystkim się nie myśli. To są ułamki sekund, nie ma czasu na zastanawianie stabilizacja w życiu prywatnym pomaga też w zawodnicy, którzy raz coś wygrają i na tym się kończy ich pasmo sukcesów. Ale ci ze starej gwardii, najbardziej utytułowani, wszyscy są ojcami. Mam nadzieję, że idę podobną pomyśli rozważniej?Podczas wyścigu nie mam na to czasu. Dopiero będąc na lotnisku, w hotelu czy wracając busem, mam flashbacki z toru. Analizuję, co mogłem zrobić inaczej, patrzę na nagrania onboard. Wtedy rzeczywiście można sobie pomyśleć, że w tym i tym momencie mało brakowało. Ale w trakcie wyścigu nie ma na to szans. Tam musisz polegać na instynkcie, to są odruchy zapisane w podświadomości. Ale przed startem, kiedy rusza cała procedura i jestem już zamknięty w kokpicie, te myśli lecą do rodziny. W końcu to moja największa wartość. ROZMAWIAŁ SZYMON SZCZEPANIKCzytaj także:Wojtek Bógdał – człowiek z głową w chmurach. Ale twardo stąpający po ziemiWywiad z Olą Mirosław, rekordzistką świata we wspinaczce na czasPo ciężkim treningu płaczę. Ludzie pytają, czy wszystko jest w porządku – wywiad z Justyną Święty-Ersetic Katarzyna Zdziebło zajęła drugie miejsce w chodzie na 35 km podczas lekkoatletycznych mistrzostw świata. To jej drugi srebrny medal w Eugene, wcześniej druga była także na 20 km. Złoto zdobyła - podobnie, jak kilka dni wcześniej - Peruwianka Kimberly Garcia Leon, a brąz Chinka Schijie Kasia nas dzisiaj przestraszyła, bo nogi się pod nią ugięły po przekroczeniu linii mety – zwierzyła się fizjoterapeutka Katarzyny Zdziebło, Maria Bukowiec. - Miałam wrażenie, że ona nie do końca kojarzy, co do niej mówimy. Nie docierało wiele do niej. Chcieliśmy, aby się położyła, ale ona koniecznie chciała to... rozchodzić. Z trenerem pod rękę uprawiała chód geriatryczny - kroczek po kroczku. Próbowała odzyskać władzę w nogach. Myśleliśmy nawet nad wsparciem farmakologicznym. Mieliśmy ze sobą lekarza, który coś zaproponował, ale Kasia zna swój organizm świetnie. W końcu to lekarka. Wiedziała, że jej to przejdzie. Przyznała, że przed dekoracją na stadionie w Eugene Polka przespała się trochę i już na samą ceremonię wyszła w znacznie lepszej kondycji. Animuszu dodawała jej żywiołowo reagująca ekipa „team Tomala”, którą prowadzi ojciec mistrza olimpijskiego z Tokio Dawida Tomali - trenerska- Nie widziałam chyba Kasi w gorszym stanie - powiedziała Maria Bukowiec. - Pracuję z tą grupą od roku. Byliśmy np. na drużynowych mistrzostwach świata w Omanie, gdzie trasa była mocno pod górkę, a start w upale i dużej wilgotności. Po tamtym występie Kasia wyglądała dużo lepiej. Dwa starty podczas jednych mistrzostw w USA dały się jej we pracuje się jej z ekipą polskich chodziarzy. W grupie są osoby chcące się uczyć, otwarte na nowinki, umiejące nawet w sukcesach szukać mankamentów i rzeczy do Dziewczyny po zejściu z trasy dzisiaj trzęsły się z zimna - wyjaśniła. - Takie były warunki. Trener Tomala jest bardzo otwarty na różne nowości. Wprowadziliśmy dużo nowych ćwiczeń, żeby wzmocnić zawodników. Przez sześć tygodni byliśmy w górach na wysokości 1800 m npm. To bardzo pomogło. To fajnie oddało. Trener widzi już jakieś błędy w przygotowaniu zawodników w tym sezonie. Już myśli o tym, jak je poprawić w przyszłym - zaznaczyła Bukowiec. NiezniszczalnaPrzez ostatni tydzień od startu Zdziebło na 20 km trwała walka z czasem, aby zdążyć z jej regeneracją przed 35 Kasia zaczęła regenerację jeszcze na trasie - stwierdziła Bukowiec. - Ona po zakończonym pierwszym wyścigu na 20 km już przyjęła odpowiednie suplementy, aby regenerację przyspieszyć. Zaraz po starcie musiała się wyspać, odpocząć, zjeść ponownie. Postawiliśmy na terapię ciepło-zimno. Świetne zaplecze mają tutaj na uniwersytecie. Jest basen, są wanny z lodem, jacuzzi, więc z tego Kasia intensywnie korzystała. Do tego terapia manualna - masaż rozluźniający, drenaż. Mamy też tzw. game ready, czyli kompresję połączoną z chłodzeniem. To takie nogawki. Mamy też nogawki drenujące. Oczywiście w tydzień przywrócenie zawodnika do takiej świeżości, jaka była przed pierwszym startem, jest w zasadzie niemożliwe" - tłumaczyła że Zdziebło jest jednak „niezniszczalna”.- Kasia ok. 17. kilometra rzuciła, że bolą ją nogi – wyjaśnia fizjoterapeutka. - Ktoś zapytał, czy ona zaraz zejdzie z trasy. Odpowiedziałam, że absolutnie nie. Jej musiałoby nogę urwać, żeby zeszła. Jest bardzo doświadczona, niezniszczalna, świetnie przygotowana. Mamy żele, izotoniki, odpowiednie chłodzenie. Staramy się być z wyposażeniem naszego stoliczka przed wszystkimi i wyznaczać trendy. Polecane ofertyMateriały promocyjne partnera Urodził się w Izraelu, futbolu uczył się na Cyprze, z Ukrainą wywalczył młodzieżowe mistrzostwo świata, a o wyjazd na seniorski mundial walczył z Gruzją. Heorhij Citaiszwili wszedł do Ekstraklasy w świetnym stylu, bo kolejne przeprowadzki nie robią już na nim wrażenia. Najważniejsze jest to, że dopiął swojego celu — gra profesjonalnie w piłkę.– Ciężki jest tylko moment, w którym zmieniasz kraj. Przeprowadzasz się do miejsca, gdzie nie znasz języka, musisz zmienić szkołę — mówi nam Gruzin, gdy pytamy o to, jak znosił zmiany w życiu. Heorhij jest synem Klimentiego, 43-letniego byłego napastnika gruzińskiej młodzieżówki. Na przełomie XX i XXI wieku wychowanek Dinama Zugdidi wyjechał z ojczyzny do Rishon LeZion, gdzie przyszedł na świat jego syn. Potem Citaiszwili senior trafił na Cypr, a junior podążył jego śladem. Zawsze pilnie przyglądał się temu, co robi papa.– To dobry wzór. Widzisz, jak być profesjonalistą, prowadzić życie sportowca. Jak trenować i pracować na swój sukces — opowiada nam Heorhij. – Nie jest łatwo z powodu przeprowadzek, ale z drugiej strony teraz nie mam problemów z adaptacją w nowym miejscu, bo żyliśmy w tylu krajach, że przywykłem do tego, jak sobie z tym gdy Citaiszwili junior gra w piłkę w Krakowie, brak problemów z aklimatyzacją jest widoczny jak na dłoni. Po 274 minutach w lidze Gruzin ma na koncie dwie asysty i asystę drugiego stopnia, a jego umiejętności techniczne budzą powszechne treści Heorhij Citaiszwili - kim jest piłkarz Lecha Poznań? Kecbaja, Kinkladze i Citaiszwili. Gruzińskie legendy pomogły piłkarzowi Wisły Kraków Citaiszwili w Dynamie Kijów. Od juniora do mistrza świata Citaiszwili w seniorskiej piłce: dużo wiatru, mało liczb Citaiszwili - Heorhij czy Giorgi? Z Ukrainy do GruzjiHeorhij Citaiszwili – kim jest piłkarz Lecha Poznań?Heorhij — czy też, bardziej po gruzińsku, Giorgi — technikiem jest od urodzenia. To rzecz, która wyróżniała go już w akademii Anorthosisu Famagusta. To tam mocno pracował nad tym, żeby mijać rywali jak tyczki. – Na Cyprze pracowaliśmy jedynie nad techniką, wszystkie ćwiczenia wykonywaliśmy z piłką. Plusem było to, że tam zawsze jest dobra pogoda, minusem, że to mały kraj. Podobnie jest z Grecją: to mały kraj, mają dobrych piłkarzy, ale ciężko im wyjechać ze swojej ligi. Tak samo jest z Cypryjczykami — tłumaczy nam skrzydłowy Wisły jest jednak to, że talent Citaiszwilego juniora do dryblingu nie jest powiązany z jego tatą. Klimenti jest od syna wyższy i silniejszy. Na boisku grał na innej pozycji, wykorzystywał też zupełnie inne atuty. – Mój tata miał całkowicie inny styl gry. Był typowym napastnikiem, silnym, strzelającym sporo bramek — opowiada Heorhij. Z twierdzeniem „strzelał sporo bramek” można polemizować, Klimenti nigdy królem strzelców nie był. Faktycznie był jednak waleczną „dziewiątką”, co potwierdza nam jego klubowy kolega z Anorthosisu — Łukasz Sosin.– To był mój rywal w ataku, bardzo pracowity zawodnik. Starał się pokazywać charakter i przydatność, nie oddawał łatwo miejsca w składzie. Wybiegany walczak, który nigdy nie odstawiał nogi i nadrabiał braki cechami i Heorhij wspomnieli o pewnym ważnym wydarzeniu. Citaiszwili senior najlepszy moment przeżył w meczu z Trabzonsporem. Jego bramka na 3:1 w końcówce spotkania okazała się golem na wagę awansu do kolejnej rundy eliminacji Ligi Mistrzów. I niby to tylko eliminacje, ale kiedy Cypryjczycy grają z Turkami, takie spotkania mają szczególną rangę.– Drużyna była witana z honorami na całym Cyprze, wielką fetą. Dla nich wygrana z zespołem Turcji była wielką rzeczą — mówi Sosin. – Cypr i Turcja są w konflikcie, część wyspy jest okupowana przez Turków, więc kiedy strzelił gola tureckiej drużynie, cały kraj świętował i był mu wdzięczny — dodaje Citaiszwili rodzinie piłkarza Wisły Kraków opowiadamy nie bez powodu. Zarówno Klimenti ze swoimi gruzińskimi kolegami z Anorthosisu, jak i dziadek Heorhija mieli ogromny wpływ na jego LATA TRIUMWIRATU. JAK ZARZĄDZANA JEST WISŁA KRAKÓW?Kecbaja, Kinkladze i Citaiszwili. Gruzińskie legendy pomogły piłkarzowi Wisły Kraków– Chodziłem na wszystkie treningi i mecze mojego taty. Nigdy nie powiedział mi, że muszę grać w piłkę, ale obserwowałem jak gra, kochałem piłkę i postanowiłem zacząć treningi. Zawsze bawiłem się z piłką, wtedy po prostu zacząłem też grać w zespole — wspomina młody w zespole wychodziła mu na tyle dobrze, że przerastał swoich klubowych kolegów. Na Cyprze mieliśmy wtedy małą gruzińską kolonię. Klimentiego do Famagusty ściągnął Temur Kecbaja, legenda Newcastle i grający trener w Anorthosisu. W zespole grał także Georgi Kinkladze, kolejny gruziński piłkarz z przeszłością w Premier League. Heorhij wspomina, że to koledzy taty byli największymi gwiazdami w drużynie. Okazali się także ważnym impulsem dla jego rozwoju.– Kecbaja i mój tata to dobrzy znajomi, często ze sobą rozmawiają. Temur jest teraz trenerem Anorthosisu i zanim trafiłem do Wisły Kraków, namawiał mnie, żebym przeszedł do jego zespołu. Anorthosis zastrzegł numer 14, z którym występował Temur Kecbaja. Kiedy grałem w akademii tego klubu, zawsze nosiłem „14” na plecach. Kiedy Kecbaja zakończył karierę, powiedział mi, że jeśli kiedyś zagram w seniorskiej drużynie, będę mógł przejąć ten numer. Jestem jedyną osobą, która może grać z „14”, nikt inny nie ma na to pozwolenia — mówi nam piłkarz Wisły.– Razem z Kinkladze byli moimi idolami. Kiedy miałem możliwość przejścia do akademii Dynama Kijów, obaj namawiali mojego tatę, żeby pozwolił mi przenieść się na Ukrainę. Mówili, że to duża i dobra akademia, wielki klub — dodaje Heorhij Citaiszwili. Dzięki gruzińskim gwiazdom młody chłopak podjął ważną decyzję. Chciał grać w piłkę i przeprowadził się na Ukrainę. Najpierw zaimponował trenerom, potem nauczył się samodzielnego życia w Kijowie.– Każdego lata w topowych klubach odbywają się obozy i nabory, testy dla nowych zawodników. Pojechałem na taki obóz do Kijowa, ćwiczyłem tam przez kilka miesięcy. Po pięciu miesiącach jeden z trenerów zobaczył, jak gram i stwierdził, że muszę zostać w akademii. Zamieszkałem w internacie, miałem wtedy 11 czy 12 lat. Zostałem na Ukrainie sam, bez rodziców i rodzeństwa. Rozłąka jest trudna, ale jeśli chcesz być profesjonalnym piłkarzem, musisz być na to gotowy. Trzeba być silnym, dać coś od MNICH, CYPRYJSKA LEGENDA. HISTORIA KECBAJICitaiszwili w Dynamie Kijów. Od juniora do mistrza świataCitaiszwili junior nie ukrywa, że początki w Kijowie były trudne. Szybko okazało się, że po wyjściu ze swojej bańki nie jest już tak kapitalnym piłkarzem, jak w młodzieżowych zespołach Anorthosisu. Teraz musiał podciągnąć się do poziomu rówieśników z Ukrainy, żeby utrzymać miejsce w akademii.– Pomiędzy Cyprem a Ukrainą jest ogromna różnica. Kiedy trafiłem do Dynama, czułem, że jestem słabszy fizycznie od zawodników z ich akademii. Dobrze radziłem sobie z piłką, miałem technikę, drybling, ale fizycznie odstawałem. Kecbaja i Kinkladze tłumaczyli mi, że w Dynamie urosnę pod tym względem, że tam przywiązują dużą uwagę do budowy ciała. Pamiętam pierwsze treningi w Kijowie, poszliśmy biegać do lasu. Biegliśmy przez jakieś 40 minut, byłem w szoku. Wszyscy Ukraińcy byli dobrze zbudowani, to silni zawodnicy. Ja jestem drobny, ale po dziewięciu latach w Dynamie jestem wybiegany i wytrenowany, to moja mocna strona, tym nadrabiam braki fizyczne — mówi nam Citaiszwili na mistrzostwach świata U-20Progres przyszedł jednak bardzo szybko. Po kilku latach Heorhij jeździł już na zgrupowania reprezentacji kraju. Najpierw do lat 16, potem do lat 17, 18, 19, 20 i w końcu 21. Jest w tym jednak pewien haczyk, bo Citaiszwili nie grał dla kadry Gruzji. Dorastając w Kijowie, przyjął ukraińskie obywatelstwo i to w barwach tej drużyny odnosił sukcesy w młodzieżowej piłce. W zasadzie ciężko się temu dziwić. Skrzydłowy jedyną styczność z ojczyzną miał podczas wakacji, niemal całe życie spędził poza granicami Gruzji. W dodatku Dynamu zawdzięczał wiele. Mówi się, że jest pupilkiem Surkisów, właścicieli klubu. W stolicy Ukrainy jest ceniony nie tylko za to, co robi na boisku.– Jak pytałem o niego trenerów i ludzi z Dynama, to słyszałem, że oni go po prostu kochają. Jest bardzo lubiany przez sztab, także administracyjny. Nie robił żadnych większych problemów. Każdy ma do niego duży respekt. Na dzień dobry kupił rodzicom mieszkanie, więc tak na pierwszy rzut oka jest to osoba myśląca, ogarnięta życiowo. Ma zasady, których się trzyma, choć ma też typowo gruziński charakter — opowiada nam Piotr Senka (“BuckarooBanzai” na Twitterze), który z bliska obserwuje akademię i całe Dynamo Kijów. Ekspert przytacza też ciekawą anegdotę z wypożyczenia do Odessy.– Kiedy do Odessy przyszedł bardzo wymagający trener, Roman Grygorczuk, przestawił go na bok obrony i na wahadło po przeciwnej stronie boiska. Zgodził się na to, nie miał żadnego problemu. Wyłania się obraz gościa, który dużo myśli. Kiedyś powiedział taką rzecz, że starszy piłkarze mówią, że młodzież patrzy w komórki, myśli o ciuchach i dziewczynach. A ja pamiętam, gdy jako dziecko wchodziłem do szatni ludzi, którzy nas dzisiaj krytykują i ich jedyną rozrywką było picie i palenie. Dlaczego ci goście mają nas teraz krytykować?Zanim jednak o tym, jak Citaiszwili spisywał się w Czarnomorcu czy seniorskiej drużynie Dynama, warto przyjrzeć się bliżej jego okresowi w młodzieżówce kijowskiego klubu. Ukraińcy grali w Lidze Mistrzów, gdzie Heorhij rywalizował z Matthijsem de Ligtem czy Nicolo Zaniolo. Strzelał Interowi, strzelał także reprezentacji Francji U-19 z Moussą Diabym, dziś gwiazdą Bayeru, który nie był w stanie go upilnować. W 2020 roku skrzydłowy był nominowany do nagrody Golden Boy. Wtedy był już młodzieżowym mistrzem świata i autorem bramki w finale. Bardzo ładnej bramki, że Tsitaishvili już strzelał bramki na polskich boiskach. Konkretnie w Łodzi w finale MŚ U20 z Koreą. Zresztą nie był to byle jaki gol. Oby sobie w Wiśle radził równie dobrze. Mateusz Opioła (@MattChuck29) April 4, 2022W piłce młodzieżowej Citaiszwili był gwiazdą. Na mistrzostwach świata U-20 w Polsce był drugim najczęściej faulowanym piłkarzem turnieju, łapał się do TOP 10 i pod względem liczby dryblingów oraz pojedynków i pod względem ich skuteczności. Był szósty, jeśli chodzi o prostopadłe CITAISZWILI NA MISTRZOSTWACH ŚWIATA U-20Średnia/90 minut lub %Strzały2,53Pojedynki i dryblingi7,84Skuteczność pojedynków i dryblingów58,06%Wywalczone rzuty wolne3,79Prostopadłe podania2,02Progresywne biegi1,77Wygrane pojedynki ofensywne6,08Zresztą: to nie był jego pierwszy sukces w młodzieżówce, bo wcześniej zdobył medal EURO U-19. Problem w tym, że to pokolenie ukraińskich piłkarzy świata na razie nie podbiło. Nazwiska znane dziś szerszej publiczności to w zasadzie tylko Andrij Łunin i Władysław Suprjaha. Co poszło nie tak?Citaiszwili w seniorskiej piłce: dużo wiatru, mało liczb– Pierwszy mecz w seniorskiej drużynie zagrałem w wieku 17 lat, czułem wtedy, że fizycznie trochę odstaję, za to pod względem technicznym byłem bardzo pewny siebie. Nie było dla mnie problemem minięcie kogoś dryblingiem. Treningi z pierwszym zespołem Dynama pozwoliły mi zrobić jeszcze większy progres, zacząłem grać w młodzieżowych reprezentacjach Ukrainy, wygraliśmy mistrzostwo świata U-20. Kiedy coś wygrasz i robisz postępy, jesteś zadowolony i chcesz, żeby to trwało. Drobne kontuzje mi w tym przeszkadzały — tłumaczy to sam Citaiszwili ma już na koncie debiut w Lidze Europy, trzykrotnie był na ławce w Lidze Mistrzów. Razem z Dynamem sięgnął po cztery trofea, ale nie miał w nie większego wkładu. W jednym z wywiadów zauważył, że błędem mogło być to, że nie zdecydował się na wypożyczenie już w wieku 17-18 lat. Tak, żeby jak najszybciej zacząć grać z seniorami, zbierać doświadczenie w poważnym futbolu. Zainteresowanie wzbudzał zawsze, choć w Kijowie do tej pory odrzucali „zalotników”. Surkisowie mieli olać nawet ofertę transferu definitywnego do MLS, mimo że Gruzin nie odgrywał znaczącej roli w drużynie.– Tuż przed wojną zostawili go jako jednego z niewielu w Czarnomorcu Odessa. Jak przychodził Mircea Lucescu, a Wiktor Cyhankow był kontuzjowany, to trener chciał zrobić z niego gwiazdę i motor napędowy. Okazało się, że młodzieżową gwiazdą został Ilia Zabarny, który zaczął grać w reprezentacji Ukrainy w wieku 18 lat. Citaiszwili z każdym miesiącem grał coraz mniej. Występował w sparingach, ale na koniec został wypożyczony najpierw do Połtawy, potem do Czarnomorca — wyjaśnia nam junior cierpiał na bolesny brak konkretów. Do Ekstraklasy przyszedł jako gość, który w ponad 40 meczach seniorskiej kariery wypracował dwa gole i dwie asysty. Kiepski bilans jak na kogoś, kto po młodzieżowym mundialu był typowany do zrobienia dużej kariery. Zresztą: nie bez podstaw, bo ta w postaci wyszkolenia jest na poziomie wybitnym.– Jeśli chodzi o boisko, to jest to samolub, ale nie jeździec bez głowy. Piłkarz, który lubi dryblować i jak ma do wyboru drybling i podanie, to wybierze drybling. Umie zrobić sobie przestrzeń, obiec rywala, wejść między strefy. Przykładowo wchodzi między pomocników i napastników, żeby ciągnąć akcję do przodu. Problemem jest wykończenie czy rozegranie piłki z sensem, ale w Wiśle ma już kilka takich podań. Wchodzi w drybling z myślą o uderzeniu, wiele z tych strzałów powoduje zagrożenie — charakteryzuje piłkarza Wisły gdy Citaiszwili uporał się z kontuzją, zaczynał się rozkręcać w Czarnomorcu Odessa. Był drugim piłkarzem VBET Ligi pod względem liczby dryblingów i pojedynków, siódmym jeśli chodzi o strzały, ósmym w zestawieniu progresywnych biegów i 11. w klasyfikacji dośrodkowań. Pojawił się również w zestawieniu najczęściej faulowanych zawodników w lidze (28. miejsce). Jak już wspomniał Senka, Gruzin nie miał problemów z przestawieniem się na grę na nowej pozycji, choć zdecydowanie lepiej czuje się w ofensywnej roli.– Zawsze byłem ofensywnym piłkarzem, ale grałem na różnych pozycjach. Trenowałem na „dziesiątce” i obu skrzydłach, głównie na prawej stronie. W Czarnomorcu Odessa czy reprezentacji Gruzji ustawiano mnie też na lewym wahadle w systemie z trójką obrońców. Bardzo lubiłem być playmakerem, typową „dziesiątką”, ale długo nie grałem na tej pozycji. Przywykłem już do skrzydła, lubię ścinać do środka — przyznaje – Heorhij czy Giorgi? Z Ukrainy do GruzjiW Wiśle Kraków jest jeszcze lepiej. Oczywiście bierzemy poprawkę na to, że skrzydłowy zbyt wiele sobie nie pograł, ale gdyby porównać jego wyniki z osiągnięciami innych zawodników, okaże się, że żaden piłkarz Ekstraklasy nie notował tak wielu progresywnych rajdów (4,72), a tylko pięciu jest częściej faulowanych (3,76). Oczywiście najbardziej istotne jest to, że do efektowności w końcu doszła efektywność. Tak dobrej passy, jak na starcie przygody z „Białą Gwiazdą”, Citaiszwili w seniorskiej piłce jeszcze nie miał.– Przychodząc do Wisły Kraków nie byłem w optymalnej formie fizycznej, brakowało mi rytmu meczowego. Po kilku spotkaniach czuję się już lepiej. W przeszłości miałem trochę problemów, także z urazami. Brakowało mi stabilizacji i gry, teraz jest już lepiej, czuję, że to mój dobry czas — zaznacza sam Citaiszwili w reprezentacji Gruzji w starciu z Augustinssonem i OlssonemSzanse na to, że pozostanie w Ekstraklasie, są niewielkie. Niedawno interesował się nim Ferencvaros, a Dynamo Kijów wycenia go na grubo ponad milion euro. Jeśli miałby osiąść w Polsce, w grę wchodzi zapewne tylko ponowne wypożyczenie. Citaiszwilemu marzy się większa kariera, przebicie się do składu ukraińskiej drużyny. Choć samo to, że gra profesjonalnie w piłkę, jest dużym wyczynem. Widział zawodników, którzy umieli więcej, ale osiedli na laurach.– Najlepszymi piłkarzami w Dynamie w moim okresie byli Andrij Jarmolenko i Wiktor Cygankow. Mieliśmy wielu utalentowanych, bardzo zdolnych piłkarzy. Nie przypomnę sobie wszystkich, bo część z nich nie gra już nawet w piłkę — mówi i zahacza o temat idola, Leo Messiego, do którego bywa porównywany w swojej ojczyźnie. – Ciężko powiedzieć, że wzoruję się na nim w jakimś konkretnym szczególe. Trudno jest powtarzać na boisku to, co robi Messi, bo to piłkarz z innej planety. Nie możesz robić czegoś, czego nie umiesz. Nie jestem aż tak dobry, żeby go kopiować!W Gruzji mają jednak nadzieje, że w ich skali Citaiszwili takim Messim będzie. No właśnie, w Gruzji, bo w dorosłej karierze Gio dokonał kolejnego zwrotu. Przyjął gruziński paszport i zdecydował się na reprezentowanie kraju przodków. Jak przyznał, skłonił go do tego dziadek, którego marzeniem było zobaczyć swojego wnuka w narodowych barwach. Gruzini liczą, że razem z Citaiszwilim, Chwiczą Kwaracchelią i kilkoma innymi młodymi zdolnymi, ich futbol w końcu wstanie z kolan, a zespół narodowy wywalczy awans na wielką do tego daleka, ale gdy się uda, to i my będziemy mogli z satysfakcją stwierdzić, że przyłożyliśmy do tego rękę podczas pobytu Gio w Polsce – w Krakowie i Poznaniu. WIĘCEJ O WIŚLE KRAKÓW:ONDRASEK: KRAKÓW TO MÓJ DOM, WISŁA TO MÓJ KLUBKliment: Mówili mi, że z Wernerem nikt nie ma szansNajwiększe kompromitacje w walce o spadekfot. Newspix

mój tata jest mistrzem świata